Gry multi ze współpracą

Sesje po kilka godzin to norma. Czekanie – gdy koks w życiu prywatnym i nie tylko – na piątkowe cioranie to już zupelnie elementarne podstawy. Nie wiadomo kiedy sesje w L4D wyparły w naszym Graczowym życiu sesje w TF2. Co prawda idzie nowy rzut achievementów (Spy & Sniper – YEAH!) w tym drugim, lecz do czasu wprowadzenia czegoś naprawdę rewelacyjnego (jak swego czasu payload w postaci Goldrusha), nie ma mowy o ścisłym powrocie do grania. Ściśle, to my teraz zajmujemy się eksterminacja nieżywych żywych w najróżniejszych sceneriach. Na mostach, latarniach morskich, terminalach, pasach startowych, dawnych generatorach i ściekach. I pomimo szaroburej oprawy, ohydnych truposzy i poczucia zaszczucia nie odstępującego Cię nawet na krok – rewelacyjny humor Cię nie opuszcza.

Dopóki widzisz idiotę z teamu spadającego z piętra w największą hordę z okrzykiem „JESTEM HARDKOREM” (pozdrawiamy serdecznie, Cineq), dopóki kończy się Wam ammo, życie oraz mołotowy, a zza rogu wytacza się dwóch tanków – dopóty będzie nieziemska rozróba i rewelacyjny nastrój. Mimo wszystko, zdarzają się bowiem straszne momenty w rozgrywce. Przy czym nie są one przerażające z powodu klimatu lub narastającej grozy – ot, wyskoczy Ci przed twarz (z sufitu) coś oślizgłego . Odskok w tył gwarantowany. Ale śmiechem i tak parskniesz – a to na zachowanie bota w tym very momencie, a to na sposób w jaki kumpel próbuje Ci pomóc. To zawsze wygląda kretyńsko. Ale jest wypaśne!

Bo choć nie oferuje Left 4 Dead żadnej wysublimowanej fabuły ani artystycznego katharsis, daje nam coś innego. Taką fajną, nieskrępowaną radochę z robienia czegoś wspólnie ze znajomymi. A jeszcze uwzględnijcie fakt, że „to coś” to wspólne patrosznie ocalałych lub eksterminacja ocalałych raz jeszcze. Seph poleca, nie ma co!