Majesty: Sovereign of Ardania

Od dawna chciałem już napisać parę słów o mojej ukochanej strategii. O tytule, który odessał mnie od Diablo 2, mistrzostw w gałę (który to był rok, nie pomnę)… Co więcej, wyjąłem nawet z napędu płytkę z Zeusem: Panem Olimpu (poważnie – nie ma wakacji, abym nie rozbudował jakiejś metropolii na maksa. Kocham klimacik). A wszystko po to, by zawirował cedek z Majesty: Sovereign of Ardania.

Nie wiem do dziś czym ta nagła miłość była spowodowana. Żal, że nie miałem wtedy netu i konta na xfire – do dzisiaj miałbym 1000 godzin spokojnie nabite. Smoki, chodzące drzewa, szczury (posrane studzienki między domami, ghrrr); zbieracze podatków, drący ryja łotrzykowie i powolne konwoje; kapłani, rycerze i łowcy. Ja te postacie do dziś pamiętam, większość speechów mogę zaprezentować w formie niezmienionej będąc znienacka zapytanym o nie na środku ulicy. Co więcej – pamiętam nawet jak przez mgłe o co chodziło w fabule, a w przypadku RTSa tego typu komplement to wręcz platynowy puchar.

Nie będę opisywał podstaw rozgrywki bo mnie by to znudziło a i Wam urągało. W karkołomnym skrócie – cały cymes polegał na tym, że nie mieliśmy władzy nad jednostkami. Budowanie budynków zlecaliśmy. Na głowy (ekhm, lub to czym kierowały się w kierunku swej podróży) co najwyżej mogliśmy wyznaczyć nagrodę. A już czy dzielni acz materialistyczni herosowie by na takie trofeum spojrzeli – uuu, to zupełnie inna sprawa. Nie raz pomioty ścieków padały bez żadnego markera na ich pyskach. Nie raz też demolował mi 3/4 królestwa paskud z trzema tysiącami złota za plecami. Bo wszyscy po prostu się go bali.

A skoro o włościach mowa – mogliśmy w nich budować co chcielismy. Gildie, wieże magów, biblioteki, targi z dniem targowym, nawet pomniki lub parczki. I o ile zaczynaliśmy z zamkiem pośrodku ubitego klepiska, tak po krótkim czasie mieliśmy piękne, tętniące życiem i magią imperium. Przemierzane przez dziesiątki postaci, każdej z własnym imieniem i dążeniami. Dręczone setkami różnych potworów. A wiecie, że moglismy na peryferiach trzepnąć tawernę, gdzie sobie herosi skakali na piwo po dobrej akcji?

Ta atmosfera to unikat. Jak gram od… dziesięciu? Może jedenastu lat. Tak jeszcze ani razu nie spotkałem czegoś równie wymownego. Deszczowe miasto w Wiedźminie, piękne ostępy w Age of Empires III, realistyczny „Irak” w Call of Duty IV. Okej, dostarczało mi to adrenaliny, wrażeń, zabawy. Ale tylko podczas odpalania wiekowego, ręcznie rysowanego Majesty wiem, że jestem w innym świecie. Cudownym.