Nintendo narzuca trendy

Czytaliśmy wielokrotnie o „polityce błękitnego oceanu” zastosowanej przez Nintendo. Ale czy faktycznie jest ona aż tak nieziemska? Przy śmiertelnej walce PS3 z Xboxem360, z których każde jakimś tam cudem dobija do – odpowiednio – dwudziestego i trzydziestego miliona, Wii schodzi bez żadnych czkawek lepiej od obydwu ‘konkurentów’ razem wziętych. Żeby nie wspomnieć o braku obniżek cen czy znikomym supporcie wartościowych tytułów nań.

PlayStation Portable też nie jest bezwartościowe. Ma fajne gry, spoko wygląda, ma dobrą kampanię. A nie może dogonić DSa choćby nie wiem jak się starało. Czynnik marki? Moc marketingu? Wpływ casuali?

Ciężko powiedzieć. Z jednej strony Amerykanie są do „białych produktów” silnie przyzwyczajeni. Z drugiej zaś cały sztab reklamowy korporacji zachrzania całą dobę od kilku lat – nie może to pozostać bez żadnego wpływu na branżę. I dochodzą do całego równania jeszcze nasi ukochani Każuale. Osoby pykające od święta, najczęściej nieświadome swojej przynależności do kultury Graczy. Lubiące tytuły proste i przyjemne.

Ciężko osobę zupełnie niezwiązaną z graniem namówić do nocnej sesji w Killzone 2. Co więcej – nawet Halo 3 może być słabym argumentem do „przysiądnięcia na dłużej”. Wii Sports zaś pasują idealnie. bo któż nie umie machać kijkiem. Każdy umie. Parafraza zasady Singstara – niech tylko spotka się grupa a w środku zostanie położone Wii. Na sto procent przynajmniej jedna osoba po takim wieczorku sama sprawi sobie konsolkę.

DS korzysta z innej, lecz równie skutecznej polityki. Otóż jest on reklamowany jako couch do chudnięcia, nauczyciel japońskiego, angielskiego lub przepisów prawa drogowego. Wychodzą na niego miliardy popierdółek przemieszane z ambitnymi projektami. Sytuacja win-win. KAŻDY znajdzie na tej platformie coś dla siebie…

W sumie tematyka geniuszu Nintendo nie wymaga jakiegoś szerszego komentarza. Tak, są tytanami sprzedaży i, tak, mają w pupie dawnych fanów (tych od „złych i trudnych gier”). Ale czy coś się na to poradzi? Raczej nie. Można jedynie się do owczego pędu się dołączyć. Bo w zasadzie to nawet warto. Dla takich tytułów jak MadWorld czy też Professor Layton.

Bądźmy jednak świadomi, że obcujemy z produktem korporacji, która swoimi wynikami przyćmiewa większość sukcesów w naszej branży. Bo o ile każdemu co jakiś czas się w sieciowym shooterze zdarzy zapodać headshota tak Nintendo zasuwa takowe jeden za drugim. A na każde dziesięć zaliczonych dziewięć było podwójnych. Boom.