Pieniądze w internecie

Reklama nie jest oczywiście jedynym źródłem zysków w Internecie. Pozostaje jeszcze wszechobecny handel. Obecnie przez sieć można kupić niemal wszystko, od bielizny na romantyczny lub namiętny wieczór po głowicę taktyczną. Sprzedaje nam się też rzeczy o wiele mniej namacalne. Abonamenty do „ekskluzywnych” stron, mptrójki, filmy (głównie pornograficzne, ale trafiają się i inne), czy ukochane przez nas gry.

Oczywiście, moje mówienie o tym wszystkim ma jakiś cel. Sam nie miałem pojęcia o jakich pieniądzach jest mowa, dopóki nie zainteresowałem się bliżej tematem. Jasny gwint, dochód z takiego Googola mógłby załatać dziurę budżetową naszego kraju.

Niestety, jak podkreślałem w poprzedniej „Odysei”, żeby coś zarobić w sieci trzeba sporo farta, pomysł musi się „sprzedać”. Dopiero wówczas zacznie przynosić zyski. Mamy więc potężnych graczy czerpiących z Internetu bajońskie fortuny, oraz różnych drobnych ciułaczy, którzy modlą się, żeby zarobić na funkcjonowanie strony w następnym miesiącu. Tym większe zdumienie i niezrozumienie budzą sytuacje, kiedy komuś udało się wybić, wyrobić sobie markę, a następnie koncertowo zaprzepaścić swój potencjał. Nie wystarczy odrobina geniuszu – żeby przetrwać, trzeba mieć jeszcze parę szarych komórek.

Cały numer z zarobkowaniem portali budzi u mnie nieco mieszane uczucia. Z jednej strony oburzenie, a z drugiej podziw. Podziwiać jest co. To pierwsze zaś, oczywiście, można przypisać myśleniu na zasadzie: „dlaczego oni zarabiają, a ja nie”. Chociaż wierzę święcie, że to nie o to chodzi. To raczej kwestia nieco staromodnego podejścia do „praw rynku”. Zdumiewa i oburza mnie fakt, że w teorii za nic nie płacę, bo przecież dostęp do wszystkiego mam za darmo, ale w praktyce ktoś na mnie zarabia. Budzi się mały podejrzliwy głosik (cynik i fatalista ze mnie), że jednak gdzieś przecież muszę ponosić jakieś koszty.

No i jak się nad tym zastanowić, ponoszę. Muszę godzić się z tym, że odwiedzając jakaś stronę zostanę zasypany „wyskakującymi okienkami”, że moje uszy zostaną zbombardowane kakofonią dźwięków jakiejś fleszowej reklamy, że zmarnuję kilka chwil i mnóstwo nerwów próbując znaleźć „krzyżyk” jakiegoś durnego spota. Krótko mówiąc, płacę i to w bardzo dla mnie nieprzyjemny sposób. Bombarduje się mnie gołymi cyckami, które owszem lubię, ale sam chciałbym decydować o tym, czyje są to cycki. Jestem wyprowadzany z równowagi idiotycznymi melodyjkami i krzykliwymi kolorami. Dla speców od marketingu Internet jest największym wynalazkiem od czasu powstania znaczka pocztowego. Dla mnie ma być źródłem informacji, relaksu i rozrywki, a tymczasem po kilkunastu minutach surfowania po sieci mam ochotę gryźć.

Oczywiście nie podważam prawa firm do zarobkowania na fakcie, że dostarczają użytkownikom pewne usługi. Nawet w czasach realnego socjalizmu „darmowe” miało swój koszt. Jednak pozostaje wrażenie, że jestem jakoś oszukiwany.