Quick Time Events

Nazwa bywa ograniczeniem. Kiedy wieki temu wraz z Sephem ustalaliśmy zakres tematyczny GemonOLDa, stwierdziliśmy, że zajmować się on będzie tytułami klasycznymi, kanonem rozrywki komputerowej. Tymczasem, popełniwszy monumentalną trylogię poświęconą Baldur’s Gate 2, nabrałem ochoty, by tym razem opowiedzieć o czymś innym. O pewnej bocznej ścieżce, którą mogła pójść branża, ale która pozostała niestety niemal niezauważona.

O nieco odmiennym podejściu do doświadczenia, jakim są gry wideo. O Fahrenheit, znanym też jako Indigo Prophecy.

Dzieło francuskiego studia Quantum Dream (twórców nieszablonowego Omikron: The Nomad Soul i nadchodzącego wielkimi krokami Heavy Rain) nie jest szczególnie stare – w październiku miną 4 lata od jego premiery. Tym niemniej CD-Projekt zdążył włączyć je do swojej serii „EXtra Klasyka” – i, moim zdaniem, całkiem słusznie. Jest to bowiem produkcja unikatowa, a jednocześnie w pewien sposób zapowiadająca trendy, jakie w przyszłości objawić się miały w wielu innych ważnych grach. Co jednak czyni Fahrenheit tak niezwykłym?

Po pierwsze – fabuła. W dzisiejszych casualowo-efekciarskich czasach coraz trudniej o dobrą historię. A tym bardziej o ponury, dość brutalny thriller psychologiczny z elementami nadnaturalnymi, trzymający w napięciu i niepewności, przedstawiany symultanicznie z perspektywy różnych bohaterów, pełen zaskakujących zwrotów akcji, wyrazistych bohaterów i trudnych wyborów. Opowieść o Lucasie Kane, człowieku, który popełnił morderstwo, nie zdając sobie sprawy, co robi i o tropiącej go parze policjantów w idealnych proporcjach miesza tajemnicę, zagrożenie, niepokój, ucieczkę, śledztwo, dynamiczne sceny walki, egzotykę i fantastykę, ewoluując od niezwykle osobistej historii o zmaganiu z szaleństwem i winą do epickiego starcia z… Niezwykle ciekawymi, nawet jeśli nie wyjątkowo oryginalnymi przeciwnikami (Ha, sądziliście, że wam zaspoiluję? A guzik!). W to się nie gra. Tego się nie ogląda. To się przeżywa.

Pomaga w tym druga niezwykła cecha Fahrenheita – mechanika rozgrywki. Choć teoretycznie klasyfikowane jako przygodówka, dzieło Francuzów niewiele, poza perspektywą trzeciej osoby i koniecznością prowadzenia dialogów i interakcji z otoczeniem, ma wspólnego z tym zasłużonym gatunkiem. Wykonywanie niemal wszystkich czynności polega tu bowiem na podejściu do konkretnego przedmiotu i wykonania odpowiedniego ruchu myszką. W ten sposób otwieramy drzwi, włączamy ekspres do kawy, czyścimy podłogę mopem (tu trzeba już intensywniej „poszorować” gryzoniem) i wspinamy się po ogrodzeniu. W niektórych sytuacjach (walka wręcz, taniec, gra na gitarze, bieg środkiem ruchliwej ulicy) musimy się jednak nieco bardziej wysilić. Na ekranie pojawiają się wtedy dwa podzielone na cztery części różnokolorowe koła (powinny być widoczne na którymś screenie). Każdy z tych fragmentów odpowiada jednej ze strzałek na klawiaturze (zwykłej i numerycznej). Zadaniem gracza jest wciskanie tych przycisków, których odpowiedniki na monitorze są w danym momencie podświetlone. Przypomina to odrobinę produkcje muzyczno-rytmiczne. Do tego w sytuacjach, w których bohater musi utrzymać równowagę, dogonić biegiem samochód itp. należy naprzemiennie wciskać strzałki w lewo i w prawo, niczym w antycznych grach sportowych. (Oczywiście, to wszystko można też robić padem, niektórzy recenzenci uznają to wręcz za konieczność – ja jednak, zdeklarowany pecetowiec, przeszedłem Fahrenheita na poziomie normal bez uciekania się do jakichś konsolowych dziwadeł).